ebook Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu
0 / 5.00 (liczba ocen: 0)

Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

E-book - najniższa cena: 25.94
Audiobook - najniższa cena: 35.59
wciąż za drogo?
37.11 złpremium: 23.94 zł Lub 23.94 zł
25.94 zł Lub 23.35 zł
30.72 zł Lub 27.65 zł
31.90 zł
39.90 zł
29.61 zł
31.92 zł
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (4)
Wesprzyj UpolujEbooka.pl - postaw kawę
Inne proponowane

Dojrzewanie w Polsce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nie należało do najłatwiejszych, a żeby przetrwać w głównym nurcie, trzeba było dać się ponieść któremuś z potężnych żywiołów: Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a później chaosowi raczkującego kapitalizmu, albo Kościołowi. A co z tymi, którzy chcieli iść własną ścieżką?

Jarek Szubrycht od nastoletnich lat wiedział, że jego drogą jest metal. A metal to nie tylko muzyka – to styl życia (skóra i ćwieki na wieki!), dyscyplina sportowa (w której konkuruje się o najbardziej ekstremalne brzmienie, najbardziej radykalne postawy i najbardziej kuriozalne opinie), grupa terapeutyczna (na długo przed internetem) i szkoła kreatywności (bo kto by wiedział, po co się mydli znaczki albo jak wyszywa się logo zespołu na podartej jeansowej katanie?).

Skóra i ćwieki na wieki to dowcipna i błyskotliwa kronika dorastania w „ekstremalnych czasach wymagających ekstremalnych reakcji”, której soundtrackiem jest metal. Szubrycht zręcznie przeplata historie pionierów gatunku ze swoim własnym doświadczeniem fana, redaktora zinów i metalowego wokalisty. To także uniwersalna opowieść o miłości do muzyki, porywająca nie tylko tych, których życie jest heavy.

„Chociaż nie kręciłem ósemek głową pod sceną na Metalmanii ani nie goniłem skinów, metal zawsze mnie pociągał. Przeczytałem więc tę książkę z wypiekami na twarzy, w tym samym tempie, co kiedyś „Wierność w stereo” Nicka Hornby’ego. „Skóra i ćwieki na wieki” to fascynująca podróż do przeszłości, pełna detali i obrazów Polski z czasów, kiedy na dziesięciopiętrowym bloku była tylko jedna antena satelitarna. Bardzo dużo nas łączy, z tą różnicą, że Jarek oglądał „Headbangers Ball”, a ja „120 Minutes”. Jestem wielkim fanem jego kompetencji i wiedzy o metalu.” Artur Rojek

O e-booku Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu blogerzy napisali: 

Szubrycht wysmażył coś, do czego był predestynowany jako fan metalu, dziennikarz muzyczny i niegdyś wokalista Lux Occulty. Napisał historię metalu obserwowaną z polskiego podwórka. - Literatura sautée - Piotr Kopka

Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu od Jarek Szubrycht możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
Szubrycht wysmażył coś, do czego był predestynowany jako fan metalu, dziennikarz muzyczny i niegdyś wokalista Lux Occulty. Napisał historię metalu obserwowaną z polskiego podwórka.

Myślę, że wła­śnie ta pry­wat­na, swoj­ska i ducho­lo­gicz­na per­spek­ty­wa spra­wia, że jest to książ­ka waż­na i cie­ka­wa. Szu­brycht opo­wia­da o tym, jak sam jarał się meta­lem jako dzie­ciak, jak prze­gry­wał kase­ty i malo­wał sobie kata­nę. A potem jak zaczął grać metal. I gdzieś obok tych histo­rii zaczy­na się snuć wątek dru­gi — ogól­no­świa­to­wa histo­ria meta­lu, z heavy, thra­shem, deathem i nor­we­skim blac­kiem. A potem wątek trze­ci, sku­pio­ny na wszyst­kich waż­nych pol­skich kape­lach meta­lo­wych od TSA do Mgły (no, o Drin­ker­sach jest mało, bo main­stre­amo­wi — a szkoda).

Uję­cie histo­rycz­ne może być odczy­ty­wa­ne jako nie­wy­star­cza­ją­ce, bo fani sier­ści i tak już to wszyst­ko, co opi­su­je Szu­brycht dobrze wie­dzą, a laików i tak nic to nie obcho­dzi. Per­spek­ty­wa ducho­lo­gicz­na nato­miast spra­wia, że książ­kę czy­ta się bar­dzo przy­jem­nie, nawet gdy się miło­śni­kiem meta­lu nie jest. A to chy­ba do tej gru­py czy­tel­ni­ków książ­ka jest skierowana.

Co praw­da nigdy nie byłem zade­kla­ro­wa­nym meta­lem (a tro­chę szko­da), zatem nie wiem, jakie to faj­ne mieć kole­gów z podob­ny­mi kata­na­mi. Za to muzy­ka jest w ten czy inny spo­sób przy mnie od zawsze. W ostat­nim cza­sie odre­ago­wy­wa­łem lock­dow­ny i stres zwią­za­ny z życiem w takim popa­pra­nym cza­sie z kla­sycz­nym heavy (pokło­siem tego był prze­gląd debe­ścia­ków, popeł­nio­ny prze­ze mnie na spółę z kole­gą Bar­to­szem — uka­zał się w jesien­nym “Lizar­dzie”, wkradł się na fot­kę do tego wpi­su) i thra­shem na uszach. Dobry death metal też bar­dzo dzień dobry. Z black meta­lem nigdy do koń­ca nie byłem za pan brat, ale Mgła i In Twilight’s Embra­ce mnie kie­dyś pocze­sa­ły i nie była mi do tego potrzeb­na lek­tu­ra książ­ki Szu­brych­ta. Przy Skó­rze i ćwie­kach na wie­ki parę pły­tek sobie odświe­ży­łem, a z kil­ko­ma zapo­zna­łem się nie­co lepiej niż kiedyś.

Ale mia­ło być o per­spek­ty­wie ducho­lo­gicz­nej. No to tak — co praw­da jestem już o kil­ka lat za mło­dy na to, by posia­dać pirac­kie kase­ty z wkład­ka­mi, do któ­rych dow­cip­nie nawią­zu­je lay­out okład­ki książ­ki Szu­brych­ta (przy­go­to­wał go Macio Moret­ti), ale też dobrze pamię­tam, jakie wydaw­nic­twa muzycz­ne kupo­wa­ło się na koło­brze­skim ber­lin­ku przy Waryń­skie­go (i wszyst­kich innych pol­skich bazar­kach z począt­ku lat 90. w Pol­sce). I też pamię­tam to uczu­cie, gdy nie było za bar­dzo kasy, ale się wycią­ga­ło ją mimo wszyst­ko na legal­ne kase­ty, jak się się zaczę­ły w Pol­sce uka­zy­wać, żeby nie okra­dać arty­sty. Jesz­cze pamię­tam, jak sobie w ten spo­sób zale­ga­li­zo­wa­łem Master Of Pup­pets. Cede­ki się kupo­wa­ło rzad­ko, bo były za dro­gie. Szko­da, bo te kupio­ne w epo­ce pły­ty mam do dziś, a kase­ty poszły do kosza. Nawet te ory­gi­nal­ne. Nie­któ­re były­by dziś miłą pamiąt­ką, a i na Alle­gro tro­chę kosztują.

No cóż, podob­nie jak Jaro­sław Szu­brycht nie mam sen­ty­men­tu do tego nośni­ka. Ten kase­to­wy revi­val jest kie­ro­wa­ny do kogoś, kto tych cza­sów nie pamię­ta za bar­dzo. Tak, kase­ty mogły wyglą­dać faj­nie, ale były do dupy.

I gdy Szu­brycht opo­wia­da o tape tra­din­gu, to też co nie­co pamię­tam. Co praw­da nigdy nie wymie­nia­łem się z nikim kase­ta­mi za pośred­nic­twem pocz­ty, za szczy­lo­wa­ty wte­dy byłem, za to pamię­tam, jak w ramach kole­żeń­skich usług prze­gry­wa­łem kole­żan­ce black metal w zamian za zada­nia z mat­my. Zwy­kle odsłu­chi­wa­łem, czę­sto kopio­wa­łem też sobie. Dobrze pamię­tam wie­czór, pod­czas któ­re­go prze­gry­wa­łem Filo­so­fem Burzu­ma i jakąś Lux Occul­tę, chy­ba pierw­szą. Burzum mi się podo­bał, a Lux Occul­ta nie.

I wła­śnie z tego powo­du świet­nie mi się czy­ta­ło książ­kę. Auto­ra naj­moc­niej prze­pra­szam za prze­gry­wa­nie Lux Occul­ty, ale wia­do­mo jak było. Teraz jestem duży i słu­cham tyl­ko legal­nej muzyki.

Ocena: 4/6 czytaj więcej
©Literatura sautée
Komentarze dotyczące książki:
Warto zerknąć